Jak nie kochać kajakowej jesieni?

Dnia 29 września 2019 r. kajakarze z Koła Turystów Górskich im.  Klimka Bachledy w Kcyni, przy aktywnym udziale wychowanków i pracowników naszego zakładu poprawczego, dzięki wsparciu Dyrektora Zakładu Poprawczego w Kcyni, zorganizowali jesienny spływ na rzece Drawie na odcinku z Barnimia do Bogdanki. Wzięli w nim udział kajakarze z Sępólna Krajeńskiego, Pakości, Niemczyna, Wapna i Kcyni.

To najciekawszy, a zarazem najtrudniejszy odcinek tej wyjątkowej rzeki. Jej przełomowy charakter, liczący 12 kilometrów, pełen górskich bystrzy oraz zwalonych w nurcie drzew, jest prawnie chroniony w ramach Drawieńskiego Parku Narodowego. Od kajakarzy wymaga się tutaj doskonałego opanowania technik manewrowania, omijania przeszkód, pojawiających się nagle za następnym meandrem rzecznym, ścisłej współpracy i wzajemnej asekuracji. Nic, jak właśnie kajakarstwo zwałkowe, nie uczy tak dobrze odpowiedzialności za partnera, samodzielności w podejmowaniu decyzji, życzliwości  i tolerancji. Jest ono propagowane od wielu lat wśród naszych wychowanków w ramach realizacji celów i zamierzeń programu wychowawczego „Bezpieczne Kajakarstwo”.

Odcinek, który mieliśmy do pokonania w na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych często był celem kajakowych wypraw ks. Karola Wojtyły, który wraz z grupą przyjaciół spędzał tutaj wolne chwile od pracy duszpasterskiej, o czym przypomina okolicznościowy monument kamienny przy moście w Barnimie. Myślami byliśmy z tymi młodymi ludźmi, którzy wtedy pływali drewnianymi kajakami.

Mimo pochmurnego nieba, słońce co chwilę ciekawie rozchylało zakrywającą je kurtynę i starało się nam towarzyszyć w tej niezwykłej przygodzie. Rzeka zazdrośnie ukrywała nas pod złotym baldachimem liści, otulonych woalem porannej mgiełki. Liście opadały na nas z każdym podmuchem wiatru, dolatującego nad nasze głowy z serca pomorskiej puszczy, kolorowym deszczem pełnym purpury, srebra, czerwieni i złota. Leżały one wszystkie na brzegach nieruchomym dywanem i drżały, falując żółtymi plamami na wodzie, zapalając ją płomieniem słonecznym. Niektóre liście z zadartymi krawędziami, płynęły z nami jak dżonki. Wiatrem popychane, chciwie wciągane przez  warkocze wodne, towarzyszyły nam w czasie przeciskania się pod zwalonymi pniami. Mijane drzewa różnie przeglądały się w lustrze krystalicznej wody: wierzby mgłą siwą, leszczyny czerwonym skrzydłem motyla, dęby ciemną kolumną. A wszystkie one zadumane w otoczeniu nieprzemijającego pastelowego malachitu świerków. Gdzieniegdzie spłonął po oczeretach pełnych suchych trzcin i zbrunatniałych traw, rumieniec jarzębiny…

Na trasie naszego spływu spotkaliśmy grupę kajakarzy z Białogardu. Śmigłymi jedynkami, doskonale radzili sobie z przeszkodami. Jakże to wspaniałe, gdy spotkają się ludzie, których łączy taka sama niezwykła pasja. Pozdrowienia, życzliwe rady i uśmiechy na twarzach… jakże nieczęsto widziane w codziennym życiu. Zaprosili oni nas na swoje białogardzkie, zwałkowe rzeki, będące dopływami Parsęty. Później spotkaliśmy się przy wspólnym ognisku, gdy lekko już wychłodzeni, zakończyliśmy nasz spływ. Gorące kiełbaski i ciepła herbata rozwiązały języki. Jak zwykle w takich sytuacjach, wymieniliśmy się wspólnymi doświadczeniami. W doskonałych nastrojach, zdając sobie sprawę, że może nigdy się już nie spotkamy, rozjechaliśmy się do domów. Jak nie kochać kajakowej jesieni?…

materiał. Jacek Maćkowski